Palący problem… Ferrari?

Nie milknie temat spalania oleju, jako elementu zapewniającego lepsze osiągi jednostek napędowych, szczególnie w trybie kwalifikacyjnym. Jeszcze w marcu tego roku Toto Wolff odpowiadając na tego typu zarzuty kierowane przez Christiana Hornera odpowiedział, że konkurencja „widzi duchy”. Kolejne działania FIA na tym polu pokazują, że to nie jest mara, a prawdziwy „palący problem”.

Wspomniany Horner celował w Mercedesa, a dotychczasowe analizy pokazują, że najmocniej na ograniczeniach ucierpiało Ferrari. Niektórzy komentatorzy piszą o panice w Maranello i potrzebie rozpoczęcia prac nad strategią technologiczną od zera. Tak źle chyba nie jest, ale może być, bo nowe limity ilości spalanego oleju są niezwykle restrykcyjne.

Każda jednostka wprowadzona od GP Włoch nie może zużywać więcej niż 0,9 litra oleju silnikowego na każde przejechane 100 kilometrów. Od najbliższego sezonu ta wartość zmaleje jeszcze o kolejne 0,6 litra. Obie wartości, przy założeniu, że obecne jednostki mogły zużywać nawet 5 litrów paliwa w czasie wyścigu, wydają się dużym ograniczeniem.

Jest szansa, żeby uciec spod „topora”, ale trzeba będzie za to zapłacić pewną cenę. Napoczęcie kolejnych, dopuszczonych regulaminem jednostek lub nawet dodatkowych (z karą) pozwoli uniknąć kary za przekroczenie zadanych wartości. Niestety w ten sposób praktycznie zamyka się program rozwoju jednostki w tym sezonie, a przygotowane już poprawki, jeśli nie mieszczą się w zadanym na przyszły sezon limicie zwyczajnie trafią do kosza.

To, kto zacznie nerwowo wkładać kolejne produkty fabryki do koszyka, a kto w tej sytuacji zachowa spokój jasno pokaże, gdzie nadprogramowe spalanie oleju miało miejsce. Ciągle wierzę, że Ferrari nie postawiło wszystkich swoich pieniędzy na jednego konia i nie oparło całej swojej strategii rozwoju jednostki napędowej wokół spalania paliwa. Jeśli się mylę, to walka o tytuł dobiegła końca.