Bahrain pokazał w jak głębokim kryzysie jest F1

Wyścig w Bahrajnie sprawił, że słowo kryzys ponownie zdominowało nagłówki w gazetach oraz serwisach branżowych, z tą różnicą w stosunku do poprzednich tygodni, że tym razem pojawiało się ono z zaprzeczeniem. Czy rzeczywiście krytyka, która towarzyszyła rywalizacji w ostatnim czasie była wyssana z palca? Czy kryzys królowej sportów został sztucznie nadmuchany przez osoby, które mają w tym interes, aby obniżyć wartość serii?

Niedzielne zawody były dla kibiców sporą dawką rozrywki. Przez wielu zostały one ocenione jako najlepsze w ciągu kilku ostatnich lat, jednak czy jest to ocena obiektywna? Moim skromnym zdaniem wyścig w Bahrajnie jest potwierdzeniem kryzysu, z którym seria nie może sobie poradzić od lat, mimo stosowanie bardzo różnych zabiegów. Jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Byłem w szerokiej grupie krytyków Berniego Ecclestone, ale z czasem to się zmieniło. Skróty, sztuczny deszcz czy podwójne punkty – wszystkie te pomysły wzbudziły i nadal budzą wiele kontrowersji. W opinii wielu osób zastosowanie tego typu mechanizmów może doprowadzić do wynaturzenia dyscypliny, uczynienia z niej sztucznego tworu, nie mającego zbyt wiele wspólnego z uczciwą rywalizacją sportową. Jednak by wydawać tego typu oceny warto przyjrzeć się obecnej naturze F1.

Sezon składa się z dziewiętnastu wyścigów, ale patrząc wstecz, na palcach jednej ręki można policzyć te, które wywołały u kibiców mocniejsze bicie serca. W sporcie polegającym na ściganiu się kibice muszą czasem czekać nawet kilka miesięcy, aby to ściganie mogło się wydarzyć. To właśnie walka koło w koło była tym, co sprawiło, że niedzielny wyścig został tak wysoko oceniony. Tego elementu najbardziej w całym widowisku brakuje, a paradoksalnie niższe serie wręcz obfitują w tego typu wydarzenia na torze. Jako kibice jesteśmy głodni bezpośredniej rywalizacji i nie ma większego znaczenia, że rywalizują ze sobą kierowcy w takich samych kombinezonach.

Jednak po niedzielnym wyścigu nie tylko kibice odczuli różnicę. Zwycięzca zawodów, Lewis Hamilton, przyznał, że pierwszy raz od kilu lat miało okazję wykorzystać swoje umiejętności z kartingu. Brytyjczyk zaznaczył, że był to swoisty powrót do korzeni.

„To był wyścig, który pokazał, o co chodzi w ściganiu!”

Powyższe słowa sugerują, że z walki koło w koło przyjemność czerpią również sami kierowcy. Nagle, przez nieco ponad półtorej godziny dźwięk bolidów zasilanych jednostkami V6 oraz limity przepływu przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.

Analizując całą sytuację nasuwa się jeden wniosek. Każda ze stron istotnych dla widowiska, prędzej czy później, zaakceptuje dowolną formę ścigania się pod warunkiem, że powróci ona do korzeni. Jeśli tak się stanie, to uczestnicy serii oraz czuwające nad nią organizacje będą mogły swobodnie przemycać wartości, które na pierwszy rzut oka nie mają związku z samym ściganiem. F1 nadal będzie mogła podążać za trendami współczesnej motoryzacji, nadal będzie mogła być elastyczna w kwestii doboru rywalizujących zespołów. Jestem przekonany, że kibice z łatwością zaakceptowaliby ideę wprowadzenia samochodów klienckich, jeśli to jeszcze bardziej miałoby zbliżyć stawkę do siebie i uatrakcyjnić rywalizację na torach.

Warto zauważyć, że większość zmian, wprowadzonych w celu uatrakcyjnienia wyścigów, niosła za sobą potrzebę sporych inwestycji. Rewolucja silnikowa, której jesteśmy świadkami pochłonęła masę środków, a mniejsze zespoły mogą ją odczuwać jeszcze przez kilka następnych lat. Dla porównania opracowanie nowej jednostki dla serii IndyCar kosztowało zaledwie dwa miliony dolarów. Pisząc to wcale nie uważam, że inwestycja oraz ogromny wysiłek inżynierów to pieniądze wyrzucone w błoto. Wręcz przeciwnie, osiągnięcia związane z obniżeniem zużycia paliwa mogą być ważnym impulsem dla całej branży motoryzacyjnej. Niezaprzeczalny jest jednak fakt, że zdecydowanie trudniej jest się wycofać z jakichkolwiek zmian, jeśli do ich wprowadzenia duże koncerny musiały poczynić strategiczne inwestycje. FIA nie może ani na sekundę zapominać z jakim środowiskiem ma do czynienia. Ludzie pracujący w F1 zawszę będą dążyli do perfekcji, co ma katastrofalny wpływ na finanse zespołów.

Szukając wspomnianych korzeni ludzie zarządzający tym sportem powinni na chwilę schować dumę do kieszeni i przyjrzeć się elementom, które sprawiają, że mniej prestiżowe serie cieszą się coraz większą popularnością. Sam Ecclestone przyznał, że podwójne punkty nie są fair, ale czy dokładanie balastu lub start w odwróconej kolejności jest? Wszystkie tego typu rozwiązania mają na celu zbliżyć do siebie całą stawkę, a to zawsze przekłada się na ilość bezpośredniej walki na torze.

Na koniec fragment wywiadu, jakiego Bernie Ecclestone udzielił telewizji Sky Sports.

„Nikt się nie przejmuje, że Red Bull czy Ferrari, to wszystko ten sam kaliber, zatrudniają ponad 800 osób, aby postawić dwa samochody na starcie wyścigu. To nie brzmi zbyt mądrze.”

„To jest show-biznes.”