Spa pełne odłamków

Kolejny wyścigowy weekend za nami. Od sobotniego poranka nazbierało się wiele rzeczy, o których chciałem Wam napisać, lecz jak zwykle przekonałem się, że doba ma jedynie 24 godziny. Jednak w tym wpisie postaram się wszytko nadrobić.

Zanim przejdę do analizy wyścigu, kolejnego świetnego wyścigu, wrócę na chwilę do sobotnich wydarzeń, bo jest o czym pisać. Dziennikarze BBC dotarli do źródła słabszej formy zespołu Red Bulla w ostatnich trzech wyścigach. Winne są nowe elementy pakietu aerodynamiczne, które co prawda poprawiły osiągi samochodu, ale drastycznie zwiększyły zużycie opon. Red Bull nadal błyszczy podczas kwalifikacji, ale przy dłuższych przejazdach opony kończą się szybciej, co znacznie obniża tempo. Jest to jeden z powodów, dla których Vettel nie odjeżdża już tak mocno całej reszcie.

W sobotę swoje 35 urodziny obchodził Mark Webber. Prezentów nie było końca. Oprócz szybkiego bolidu, który pozwolił mu wywalczyć dobrą pozycję startową, zespół ogłosił, że kontrakt Australijczyka został przedłużony o kolejny rok. Piszę, że ogłosił, bo do podpisania dokumentów doszło podczas weekendu na Węgrzech. Nie obeszło się również bez symbolicznego tortu, którym zajadał się cały zespół.

Urodzinowy tort Marka Webbera (fot. @redbullf1spy)

Kolejny jubileusz obchodził o siedem lat starszy od Webbera Schumacher, który rozbijał się po torach w czasach, kiedy niektórzy z obecnych kierowców robili jeszcze w pieluchy. Jednak mimo ogromnego doświadczenia jazda na trzech kołach okazała się zbyt dużym wyzwaniem. Jednak niepowodzenie w kwalifikacjach i jednen z najgorszych wyników w karierze nie przeszkodziły mu w świętowaniu. Wieczorem każdy mógł wznieść toast za zdrowie mistrza. Złotych trunek, którym delektował się cały padok, został własnoręcznie uwolniony przez Michaela z okazałej, drewnianej beczki.

Schumacher dobiera się do beczki z piwem (fot. World © Sutton)

Jeśli jestem już przy kwalifikacjach to nie mogę nie wspomnieć o dużych niespodziankach, których sprawcami byli Alguersuari, Senna oraz Maldonado. O ile tych dwóch pierwszych należy mocno pochwalić za bardzo dobrą postawę, o tyle ten trzeci zachował się jak dzieciak, któremu ktoś zabrał grabki w piaskownicy. Edddie Jordan bardzo słusznie zauważył, że tor nie jest odpowiednim miejscem na zemstę. Mimo, że kierowcy byli już na okrążeniu zjazdowym, to komuś mogła stać się krzywda. Wiem, że sędziowie rozważali nawet wykluczenie Wenezuelczyka z niedzielnego wyścigu, ale skończył się nieco łagodniej. Lewis po kwalifikacjach był bardzo spokojny, ale zastanawiam się czy byłby tak spokojny gdyby nie mógł kontynuować jazdy? Uszkodzenia, na szczęście, okazały się na tyle niegroźne, że Hamilton mógł wziąć udział w finałowej części czasówki.

Największą zagadką niedzielnego wyścigu była, jak zwykle na Spa, pogoda. Deszczu nie było, ale tym razem nie był on potrzebny do stworzenia wielkiego widowiska. Zadbali o to sami kierowcy. Zaspany start przez Webbera fantastycznie wykorzystał Rosberg, który został niespodziewanym liderem wyścigu. Jednak tempo wyścigowe Mercedesa pozostawia jeszcze wiele do życzenia i po krótkiej chwili radości, Nico był zmuszony oddać pierwszą pozycję. Początek zwiastował dobre ściganie i tak też było.

Dwaj młodzi kierowcy, którzy fantastycznie spisali się w kwalifikacjach zaprzepaścili swoje szanse już w pierwszym zakręcie. Senna, który nie ma żadnego doświadczenia w startach w czubie stawki, pojechał zbyt optymistycznie, co kosztowało go wiele pozycji, a dla kierowcy Toro Rosso oznaczało koniec wyścigu. Zamieszanie na stracie kosztowało niektórych kierowców bardzo wiele, ale jeden z głównych bohaterów wczorajszego widowiska mógł stracić znacznie więcej. Zerwany fragment przedniego skrzydła jednego z bolidów (Senny?) walczącego w czołówce o centymetry minął głowę Jensona Button i urwał mu prawe lusterko. Trochę w lewo i nie byłoby wspaniałego wyniku, nie było by… Na szczęście Brytyjczyk mógł nam kolejny raz zaprezentować swój unikalny styl jazdy, który znowu zaprowadził go na podium mimo, że pozycja wyjściowa po sobotnich kwalifikacjach nie była najlepsza.

Porządkowi w Belgii mieli pełne ręce roboty (fot. World © Moy/Sutton)

Mniej powodów do zadowolenia miał po wyścigu Lewis Hamilton. Jego forma po starcie była zdecydowanie poniżej oczekiwań, a spotkanie z Kobayashim zakończyło się totalną katastrofą. Po wyścigu Hamilton wziął całą winę na siebie, wyznając swoje grzechy na Twitterze, ale ja mam również pewnie zastrzeżenie do jazdy Kobayashiego. Hamilton nie zostawił Kobayashiemu wystarczająco miejsca po zewnętrznej, ale z drugiej strony był zdecydowanie z przodu. Kobayashi mógł odpuścić, ale podjął inną decyzję.

Teraz słowo o zwycięzcy, a raczej o zwycięzcach. Red Bull pojechał fantastyczne zawody. Wygrane kwalifikacje i wyścig odebrały rywalom resztki złudzeń na wygranie sezonu. McLaren i Ferrari odrobiły zadanie domowe, ale punktów straconych w pierwszych wyścigach nie da się odzyskać. Najważniejsze, że cała trójka jest blisko, jeżeli chodzi o możliwości samochodów.

Swoją dobrą dyspozycję na Spa kolejny raz zaprezentował zespół Force India. Sutil nie włączył się co prawda do walki o najwyższe miejsca, ale siódma pozycja jest sporym sukcesem. Petrov zdołał obronić się przed szaleńczą i nieco zaskakującą ofensywą Senny. Dziewiąta pozycja całkowicie odpowiada aktualnym możliwościom bolidu Renault. Zaryzykuję jednak, że gdyby Senna nie narozrabiał zaraz na początku to moglibyśmy być świadkami dużej niespodzianki. Jazda Brazylijczyka w drugiej części wyścigu była bardzo dobra, a awans z ostatniej pozycji na trzynaste miejsce jest tego dowodem. Nowi jak zwykle z tyłu i w zasadzie nie ma co więcej pisać. Q2 Kovalainena było sporym sukcesem, ale kolejny raz nie przełożyło się w żaden sposób na wynik w wyścigu.

Zamiast walki była wymiana grzeczności (fot. World © Moy/Sutton)

Na koniec wracam do Mercedesa. Jak wspominałem na początku Rosberg mocno próbował pokrzyżować szyki faworytom, ale do tego potrzebny jest zdecydowanie lepszy samochód. Schumacher startując z ostatniego pola nie miał nic do stracenia i na jubileusz dał próbkę swojej genialnej jazdy sprzed lat. Awans na szóstą pozycję był sporym sukcesem, patrząc na to kto był przed nim. Uważam, że lepiej byłoby, gdyby skończył własnie tam gdzie był, a nie pozycję dalej. Przecież nie jest z nim jeszcze tak źle, by zespół musiał „pchać jego wózek”. Jest jeden z lepszych wyników w tym sezonie, ale lekki niesmak pozostał. Oczywiście oficjalna wersja wydarzeń to różnica w stanie ogumienia.

Chciałbym poświęcić jeszcze słowo Polakom. Zacznę od tego, który jeździł w niedzielę na Spa. Kuba Giermaziak odniósł swoje kolejne zwycięstwo i myślę, że wkrótce będziemy mieli jeszcze wiele takich okazji do świętowania. Jeśli jesteście zainteresowani zdjęciami z tego wydarzenia to dajcie znać w komentarzach. Ten drugi, który z wiadomych przyczyn nie mógł rywalizować na torze przeszedł wczoraj kolejna operację. Celowo nie używam słowa „ostatnia”, bo nawet świetni lekarze, którymi Robert jest otoczony nie mogą przewidzieć reakcji organizmu. Wiele osób na pewno było wstrząśniętych po publikacji słów Miki Salo, ale do takich rewelacji trzeba zawsze podchodzić ostrożnie. Dla mnie są one sygnałem, że nie wszystko jest tak różowe jak ludzie oraz dziennikarze otaczający Roberta próbują nam zaprezentować. Głęboko wierzę, że Robert wróci na tor, ale trzeba się również pamiętać, że może to wymagać sporej ilości czasu.