Wszystkie odcienie szarości na Spa

Życie, to nie lektura szkolna, w której występują pozytywni i negatywni bohaterowie, a różnica pomiędzy nimi jest wyznaczona bardzo grubą kreską, aby młody umysł przypadkiem nie mógł wyciągnąć niewłaściwych wniosków przy analizie postaci. Jedyną rzeczą na torze, która jest czarno-biała, jest flaga kończąca rywalizację. Reszta, jak w dobry amerykańskim serialu, przyjmuje różne odcienie szarości, które zmieniają się z wyścigu na wyścig.

Wyścig na Spa był tego doskonałym przykładem, choć wiele osób chciałoby, aby czerń oraz biel były jedynymi kolorami używanymi podczas oceny wyścigu oraz postawy poszczególnych kierowców. Zanim wejdę w szczegóły nie mogę przejść obojętnie obok atmosfery, jaka panowała na torze podczas całego weekendu wyścigowego. Pomarańczowa fala zalała belgijski tor, a pierwsi kibice ustawiali się pod bramą wejściową na długo zanim słońce pojawiło się na niebie. Doświadczeni dziennikarze oraz eksperci podkreślali w czasie relacji, że takiej atmosfery nie było od lat, a ostatni raz zdarzyła kiedy swoje triumfy święcił Michael Schumacher. To niezwykle pokrzepiające obrazki, całkowicie odmienne w treści, od tego, co możemy obserwować na innych obiektach.

Nie dwie, ale aż trzy nowe jednostki otrzymał w ten weekend Lewis Hamilton, co spowodowało, że startując z końca stawki, nie był w stanie wywrzeć jakiejkolwiek presji na swoim partnerze z zespołu. Rosberg perfekcyjnie wykorzystał szansę na odrobienie punktów i pojechał spokojny oraz solidny wyścig. Niemiec nawet na starcie nie pozostawił rywalom cienia wątpliwości, kto w ten weekend stanie na najwyższym stopniu podium. Niektórzy twierdzą, że w sportach motorowych szczęście lub jego brak nie występuje, a wszystko jest sprawą przygotowania, ale jeśli dopuścić scenariusz, że jest inaczej, to Lewis Hamilton po trudnym starcie sezonu wygrał w niedzielę los na loterii. Neutralizacja oraz możliwość wykonania zmiany opon podczas czerwonej flagi sprawiły, że Brytyjczyk szybko awansował do pierwszej dziesiątki i zamiast walki o ósmą pozycję (takie były prognozy zespołu) mógł mierzyć zdecydowanie wyżej.

Bilet na ten sam pociąg wpadł w ręce Fernando Alonso i doświadczony oraz żądny ponownych zwycięstw kierowca nie wypuścił tej szansy z rąk. Siódma pozycja, to nie jest miejsca, o które McLaren może walczyć w normalnych okolicznościach, ale występ na Spa pokazał, że zespół wykonał spory krok do przodu. Jeśli wierzyć Alonso, to w przyszłym sezonie Honda przygotuje całkowicie nową jednostkę napędową, w której znajdą się wszystkie najlepsze rozwiązania, co powinno dać jeszcze lepsze rezultaty.

Po sobotnich kwalifikacjach napisałem, że dużo mówi się o Ferrari oraz Red Bullu, ale w doskonałej pozycji do walki o podium są kierowcy zespołu Force India. Hulkenberg oraz Perez nie zawiedli i po wydarzeniach, które rozegrały się w pierwszym zakręcie, ekipa z Silverstone jako pierwsza ustawiła się w kolejce, aby na tym skorzystać. Nie wiadomo, jak potoczyłby się wyścig, gdyby nie wypadek Magnussena, ale na chwilę przed przerwaniem rywalizacji Hulkenberg był na drugiej pozycji i oponach, które dawały poważne nadzieje na pierwsze podium w karierze. Mimo wszystko zespół ma duże powody do zadowolenia, bo dobry wynik obu kierowców pozwolił na przeskoczenie Williamsa w klasyfikacji konstruktorów.

Po przystawce pora zmierzyć się z daniem głównym. Opinie dotyczące postawy Verstappena są podzielone, a całkowicie negatywną narrację narzucili kierowcy oraz przedstawiciele zespołu Ferrari. Młody kierowca odgryzł się mówiąc wprost, że kierowcy włoskiego zespołu powinni się wstydzić za zachowanie w pierwszym zakręcie. Kto ma rację? Prawda jest taka, że każda ze stron ma coś na sumieniu, ale żeby pokusić się o dokładną i rzetelną ocenę, musimy oddzielić od siebie kontakt w pierwszym zakręcie od późniejszej walki Verstappena z Raikkonenem.

Duet mistrzów świata za kółkiem, z których każdy zna swoje miejsce w szeregu, powinien gwarantować Ferrari, że kolizja partnerów z zespołu w pierwszym zakręcie zwyczajnie się nie wydarzy. Niestety dla ekipy z Maranello, Verstappen ma rację, a przyjęta przez włoski zespół linia obrony kupy się nie trzyma. Kierowca Red Bulla, mając przednią oś w połowie długości bolidu Raikkonena, miał pełne prawo, aby zająć wewnętrzną linię i zaatakować. Fin, który znalazł się w centrum wydarzeń nie miał zbyt wiele do powiedzenia, a skoro tak, to odpowiedzialność za kontakt w pierwszym zakręcie spada na Vettela. Były kierowca Red Bulla wykonał bardzo agresywny manewr, nie licząc się z tym, że po jego prawej stronie jest drugi czerwony bolid. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że gdybyśmy zabrali z toru Verstappena, to kontakt i tak miałby miejsce. Nie wiem czy to wynik dłuższej przerwy (w Australii też zwykle dochodzi do wypadków na stracie) czy rosnącej presji, ale to kolejny błąd kierowcy, który słynął z zimnej głowy oraz pewnej ręki. Tłumaczenia Niemca, że miał partnera w martwym punkcie oraz w ogóle nie widział Verstapena można między bajki włożyć. Tak doświadczony kierowca, dojeżdżając szeroko po zewnętrznej do pierwszego zakrętu musi mieć świadomość, że wewnętrzna strona jest zajęta. Kończąc wątek pierwszego zakrętu warto zacytować słowa Leo Turriniego, który tak opisał rozmowę Arrivabene z Vettelem po wyścigu:

Arrivabene po wyścigu rozmawiał z Sebastianem i powiedział mu: „Dobra, to się zdarza. My [Ferrari] myślimy, że to była wina Verstappena, ale również ty, będąc obok partnera z zespołu, musisz mieć świadomość, że to nie jest taki rywal jak pozostali kierowcy.” Sebastian się z tym zgodził.

Verstappen miał prawo czuć złość oraz frustrację, ale czy tor jest odpowiednim miejscem, aby wymierzać sprawiedliwość? Tutaj dochodzimy do kolejnego pojedynku pomiędzy kierowcą Red Bulla oraz Raikkonenem, który w takiej formie, w ogóle nie powinien mieć miejsca. Niektórzy nazywają to twardym, ale uczciwym ściganiem, ale osobiście mam wiele wątpliwości. Nie przekonuje mnie również argument, że sędziowie wyścigu nie podjęli żadnej interwencji w tej sprawie. Oceniając pracę sędziów warto wziąć pod uwagę dwa aspekty. Pierwszy, to wyraźne wytyczne od FIA, aby pozwolić kierowcom na walkę koło w koło i nie karać. Na to naciskał również Ecclestone, ale chyba znowu granica została przesunięta nieco za daleko.. Drugi, to miejsce rozgrywania zawodów i kolor jaki przybrały trybuny w ten weekend.

Do rzeczy. Verstappen w rozmowie z holenderską prasą przyznał, że celowo wypchnął Raikkonena poza tor i była to odpowiedź na to, co kierowcy Ferrari „zrobili mu” w pierwszym zakręcie. Słowa Holendra pokrywają się z analizą, jaką dla telewizji Sky Sports przeprowadził Paul di Resta. Kierowca występujący w roli eksperta zauważył, że Verstappen broniąc się przed atakiem Raikkonena, wypchnął rywala, ale sam jednocześnie nie był w stanie utrzymać się na torze. Posługując się piłkarskim porównaniem młodego kierowcę bardziej interesowały nogi rywala niż sama piłka. Ponownie do gry powróciły manewry, którymi młody Holender wzbudził kontrowersje w tym sezonie. Zmiana kierunku jazdy w strefie hamowania, to posunięcie, którego trudno szukać u innych, bardziej doświadczonych kierowców. Dlaczego? Bo to jest niezwykle niebezpieczne, a kierowca będący z tyłu jest narażony na bardzo duże ryzyko. Mówi się, że do trzech razy sztuka, ale mam nadzieję, że odprawa kierowców przed kolejnym wyścigiem wpłynie na postawę Verstappena i podobnych obrazków już nie będziemy oglądać. Granica twardej walki została przekroczona. Tutaj racja leży po stronie Raikkonena i Vettela.

Kontrowersje wokół Verstappena prawie całkowicie przysłoniły występ jego partnera z zespołu. Ricciardo pokazał dojrzałą i pewną jazdę, która dzięki świetnej pracy nad oponami, pozwoliła cieszyć się smakiem szampana pitego z własnego buta.

Kolejny odcinek serialu już w niedzielę. Pozostaje mieć nadzieję, że przy jednej z postaci pojawi się nazwisko Magnussen…