Czy to już koniec?

Pobici dotkliwie na Monzy, rozbici w Singapurze – Ferrari może się po tym nie podnieść w tym sezonie. W takich słowach na gorąco skomentowałem wydarzenia niedzielnego wyścigu. Na sześć wyścigów przed końcem sezonu Sebastian Vettel traci już do Hamiltona 28 punktów, a morale włoskiego zespołu poleciało na łeb na szyję.

Czy po takim laniu można się podnieść? Oczywiście, ale ogromną rolę do odegrania w tym procesie ma Sebastian Vettel. Na Monzy atuty leżały po stronie Mercedesa, ale w Singapurze to Ferrari miało dyktować warunki i dyktowało do momentu rozpoczęcia wyścigu. Oba czerwone bolidy mocno ruszyły z miejsc startowych, by chwilę później zacząć tracić duże fragmenty włókna węglowego. Po wyścigu sędziowie stwierdzili, że żaden z kierowców nie ponosi winy na zaistniałą sytuację, ale Vettel z pewnością nie przespał spokojnie nocy.

Najlepszym podsumowaniem błędu niemieckiego kierowcy zdają się być słowa Marka Webbera, który stwierdził, że jego były partner z zespołu czasami zapomina, że tył bolidu nie kończy się w miejscu, gdzie kończy się tylna część kasku. Kierowca, który wziął na swoje barki cały ciężar, całą włoską nadzieję na kolejny tytuł musi być bardziej ostrożny i świadomy otaczającego go świata na torze. Vettel, jak pierwszoroczniak, chciał wygrać wyścig w pierwszym zakręcie „kasując” Verstappena, zanim ten zdąży rozwinąć skrzydła. Na nieszczęście po drugiej stronie bolidu Red Bulla znalazł się Raikkonen.

Wyścig pokazał, że tempo byków na przesychającym torze nie było tak imponujące jak w czasie piątkowych treningów. Dodatkowo neutralizacje związane z wyjazdem samochodu bezpieczeństwa dawały szanse na na złapanie rywala, któremu udało się uciec w pierwszym zakręcie, czy w czasie kolejnych okrążeń. Lider, kierowca tej klasy musi mieć świadomość, jaka ciąży na nim odpowiedzialność i powinien umieć się przyznać do błędu. Vettel jak na razie (jest poniedziałek 20:37) tego nie zrobił. Błąd na torze był bardzo kosztowny, ale przyjęta przez niemieckiego kierowcę postawa może kosztować jeszcze więcej. Dodam tylko, że po wyścigu zespół odwołał wszystkie sesje medialne.

Dobrze pamiętam twarz oraz ton głosu Hamiltona po sobotnich kwalifikacjach. W niczym nie przypominały one oblicza kierowcy po zakończeniu niedzielnej rywalizacji. Kibice, którzy nie przepadają za Brytyjczykiem powiedzą, że zwyczajnie dojechał do mety, ale to nie był łatwy wyścig. Przesychający tor to duże wyzwanie dla każdego kierowcy, a chwila nieuwagi w czasie wznowienia rywalizacji może kosztować bardzo dużo. Lewis był bezbłędny, a dodatkowo kontrolował tempo, oszczędzając jednostkę napędową w bolidzie. Warto dodać, że była to jednostka numer 2, której pierwszy raz użyto w czasie weekendu wyścigowego w Hiszpanii. To może okazać się niezwykle ważne w ostatecznym rozrachunku, bo włoskie media sugerują, że Vettel w niedzielę stracił jeden ze swoich silników. Przy takim obrocie sprawy kara wydaje się nieunikniona.

Ricciardo liczył z pewnością na więcej, ale patrząc na dystans jaki pokonał w niedzielę jego zespołowy partner, szampan na podium miał lekko słodki smak. Do pokonania Hamiltona brakowało dużo, ale tempa wystarczyło, żeby utrzymać za sobą drugiego z kierowców Mercedesa. Będąc przy Bottasie trudno powiedzieć, czy jego obecna dyspozycja jest skutkiem ubocznym wewnętrznych rozmów w zespole, czy to chwilowa zadyszka, ale role w zespole wydaję się jasno określone. Fin nadal ma jednak ważną rolę do odegrania, bo przy słabszej formie Hamiltona, to on będzie miał za zadanie zgarnąć ze stołu jak największą ilość punktów.

„Vamos toma!” – ten okrzyk z pewnością przejdzie do historii zespołu Toro Rosso niezależnie od tego, czy był to ostatni wyścig Sainza w bolidzie z byczkiem na poszyciu. Hiszpan, podobnie jak Hamilton, złapał otwierającą się szansę obiema rękami i jej nie puścił do końca rywalizacji.

Widmo pozostania bez fotela wyścigowego zajrzało głęboko w oczy Palmerowi i brytyjski kierowca najwyraźniej potrzebował takiego bodźca. Tempo Renault rośnie z wyścigu na wyścig i trudno się dziwić, że władze zespołu widząc postęp techniczny, chcą mieć pewność, że w przyszłym sezonie bolid, który stać na mocne punkty, będzie w tych punktach dojeżdżał. Francuski zespół chciałby się znaleźć w takim położeniu już w tym sezonie, ale Palmer im sprawy nie ułatwia – oferta spłacenia pozostałej części kontraktu została odrzucona.

McLaren dopiął swego i w przyszłym sezonie nie będzie już jednostki Hondy za plecami kierowców, ale z pewnością będzie zerkał nerwowo na wykresy wydajności silnika w kończących sezon wyścigach. Charakterystyka toru w Singapurze oraz warunki w jakich rozgrywał się wyścig, to była jak na razie najlepsza szansa dla Alonso, aby pokazać drzemiące w nim umiejętności. Hiszpan wykonał fantastyczną pracę na starcie i przez bardzo krótki moment był trzeci, ale widmo podium szybko zamieniło się w wielką wyrwę w poszyciu bolidu, a potem w dziurę w ścianie w pokoju kierowcy. Vandoorne miał zdecydowanie więcej szczęścia i bardziej od punktów chyba cieszy dość pewna obecność w gronie kierowców środka stawki.

Kubica… Oficjalnie tematu współpracy z Williamsem nie ma, a zespół przy każdym pytaniu nabiera wody w usta i odcina się od wszelkich spekulacji. Zastanawiająca jest jednak dla mnie reakcja przedstawiciela zespołu, który na pytania o ewentualne testy Roberta odpowiedział, że na tym etapie zespół nie będzie komentował składu kierowców na sezon 2018. Standardowa formuła by spławić nazbyt ciekawskiego pseudo dziennikarzynę, czy jednak w zamieszaniu panującym w czasie weekendu wyścigowego poszło odrobinę za dużo? Najwyraźniej coś się dzieje, co potwierdzają nieoficjalne doniesienia publikowane przez przeróżne serwisy. Wizyta w Grove jest faktem, podobnie jak udział w sesji w symulatorze. Czy Robert był szybki? Z pewnością tak, ale takiej informacji nie udało się potwierdzić.

Test na torze wydaje się kolejnym racjonalnym krokiem, ale informacja o wspólnych zajęciach ze Strollem, za które miałby zapłacić ojciec młodego kierowcy zdaje się być daleka od rzeczywistości. Obóz Stroll’a zdaje się być tym kompletnie niezainteresowany, a działania zespołu w tym obszarze pokazują, że 30 milionów dolarów rocznego wkładu to zbyt mało, żeby móc decydować o obu stronach garażu. To akurat pozytywna okoliczność podobnie jak posiadanie gotowego do akcji bolidu i zespołu testowego.

Co z Martini? Wsadzenie Roberga w rolę ambasadora marki, a Roberta do bolidu zdaje się idealnym rozwiązaniem, ale czy ktoś zadał sobie pytanie, jak to się ma do obecnych zobowiązań sponsorskich mistrza świata? Według informacji Forbesa Rosberg ma nadal aktywne kontrakty z partnerami Mercedesa. Nie doszukałem się tam co prawda żadnej marki związanej bezpośrednio z alkoholem, ale nie wiemy, czy któraś z umów nie wyklucza takiej możliwości. Pewne jest natomiast, że niemiecki kierowca jest ambasadorem i twarzą kampanii społecznej FIA dotyczącej alkoholu i bezpieczeństwa na drogach.

Nadal zalecam ostrożność, bo przecież jeszcze niedawno nie byliśmy przed testem, ale po trzech takich wydarzeniach. Problem w tym, że w przypadku niepowodzenia nie będzie już zespołu, na który można przenieść całą uwagę. Nadal jest wiele znaków zapytania dotyczących ograniczeń Roberta, o których bardzo obrazowo mówił Anthony Rowlinson oraz spraw związanych z wewnętrznym układem sił w zespole oraz wpływem sponsorów. Nie wiem, czy Kubica wykorzystał już cały zapas szczęścia, ale jeśli nie, to właśnie teraz przydałaby się jego odrobina.

Bliska współpraca Kubicy i Rosberga podsunęła mi jeszcze jedną możliwość – całkiem interesującą. Niemiecki kierowca może w 2019 roku stanąć na czele programu wyścigowego Mercedesa w Formule E. Wejście na tory mając w składzie takiego kierowcę jak Robert, to byłoby coś. Romantyczne, a zarazem korzystne z technicznego punktu widzenia. Wiedza oraz doświadczenie polskiego kierowcy mogą okazać się nieocenione na starcie nowej ścieżki w historii koncernu.