Waga ciężka

Niedzielny wyścig, jak dobra powieść (kryminalna?) miał wiele wątków oraz dostarczył ogromną porcję emocji od pierwszej do ostatniej kartki. Niełatwo jest zebrać najważniejsze elementy tak upakowanego wydarzeniami wyścigu, ale poniżej postaram się to zrobić.

Hamilton kontra Vettel


Niektórzy komentatorzy uważają, że niedzielne wydarzenia mogą być punktem zwrotnym tegorocznej walki o tytuł. Co ja na to? Takich punktów będzie jeszcze kilka. Niektórzy komentatorzy uważają, że Lewis Hamilton sprowokował całe zajście. Co ja na to? Zalecam skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. Do rzeczy.

Vettel dał się złapać jak dziecko, jak pierwszoroczniak, który niespodziewanie znalazł się w pozycji, pozwalającej mu walczyć o zwycięstwo. Regulamin sportowy jasno określa, co wolno, a czego nie wolno robić w czasie wznawiania rywalizacji. Zasada numer jeden – samochód prowadzący określa tempo i jeśli to konieczne może zachować dystans do samochodu bezpieczeństwa większy niż dziesięć długości bolidu. Zasada numer dwa – samochód prowadzący po zgaszeniu świateł sygnalizacyjnych na samochodzie bezpieczeństwa nie może niekonsekwentnie hamować, przyśpieszać lub wykonywać żadnego innego manewru zagrażającego innym kierowcom lub utrudniającego wznowienie.

Teraz fakty. Sędziowie wyścigowi oparli swoją decyzję o ukaraniu Vettela na podstawie analizy telemetrii. My niestety nie mamy takiej możliwości, ale mamy obraz z kamery umieszczonej w bolidzie brytyjskiego kierowcy oraz odpowiednią grafikę ekranową. Lewis dojeżdżając do zakrętu miał prędkość 71 km/h. Dojeżdżając do szczytu zakrętu ściąga nogę z gazu, co powoduje spadek obrotów (obroty spadają o 300 obr./min) – prędkość spada do 68 km/h. Gdy lewe przednie koło bolidu Mercedesa dojeżdża do tarki prędkość bolidu wynosi 66 km/h oraz pojawia się czerwona grafika symbolizująca hamowanie. Po dość mocnym kontakcie z tarką i wyjeździe z zakrętu prędkość bolidu wynosi 51 km/h (5000 obr./min) – czas hamowania to około 1 sekunda. Hamilton puszcza hamulec oraz zwiększa obroty do 6100, a bolid przyśpiesza do 53 km/h – wówczas dochodzi do zderzenia.

Lewis z pewnością jest fantastycznym kierowcą i czuje każdy kilometr różnicy oraz dziesiętną część sekundy, ale tak wyrafinowana próba wyeliminowania Vettela z rywalizacji zwyczajnie nie mieści się w normalnych ramach. Gierki na wznowieniach to codzienność, ale kierowca mający przewagę pozycji na torze oraz szybszy tego dnia bolid musiałby być niespełna rozumu, aby podjąć ryzyko wyeliminowania rywala na tak wczesnym etapie wyścigu, narażając się tym samym na podobną przygodę. Niemiec się zagapił – koniec historii.

To co wydarzyło się później nie potrzebuje specjalnego komentarza. Vettel sfrustrowany obrotem sprawy postanowił dać wyraz swojemu niezadowoleniu. Uderzenie własnym bolidem w bolid rywala to poważna sprawa, a Niemiec w wywiadzie udzielonym stacji NBC Sports (Will Buxton odwalił kawał dobrej roboty) nie zaprzeczył, że było to celowe. Nawet jeśli przyjmiemy, że nie było i kolejny raz wyszła niezdarność Vettela, to kara i tak powinna zostać wymierzona za sprowokowanie niebezpiecznej sytuacji na torze.

Słowo na temat wysokości kary. Uważam, że 10 sekund w alei to dobra decyzja i zgadzam się z oceną sytuacji przez sędziów wyścigowych. Teraz piłeczka jest po stronie FIA. Federacja ma narzędzia, aby podjąć dodatkową interwencję, jeśli uzna, że sprawy tego wymagają. Vettel w zeszłym sezonie, w Meksyku, wykpił się z bardzo soczystych komentarzy, adresowanych do dyrektora wyścigu, listownymi przeprosinami. To już drugi niekontrolowany wybuch emocji u Niemca, w krótkim odstępie czasu i dlatego uważam, że sytuacja nie powinna zostać ponownie zamieciona pod dywan. Udział w kampanii społecznej poświęconej bezpieczeństwu na drogach wydaje się być bardzo ciekawą propozycją. Nie wpłynie w żaden sposób na kształt tegorocznej walki, ale będzie symbolicznym szarpnięciem za ucho.

No, ale co z faktem, że Vettel, mimo kary, skończył wyścig przed Hamiltonem? To kolejny wątek, który niekoniecznie wiąże się z poprzednimi. Lewis stracił wysoką pozycję poprzez awarię zagłówka. Warto jednak pamiętać, że doszło do niej po okresie czerwonej flagi. W tym czasie każdy z kierowców wysiadł z bolidu oraz ponownie się w nim musiał „zainstalować”. Cały proces w dużej mierze jest obsługiwany przez mechaników i z bardzo dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że mieliśmy do czynienia z błędem ludzkim, a nie skutkami kolizji.

Toto Wolff jak lew bronił swoich pracowników w wywiadzie udzielonym po wyścigu telewizji Sky Sports. Całkowicie odciął się od polityki wskazywania palcem. W bardzo męskich i szorstkich słowach sprowadził Teda Kravitz’a na ziemię. Pokłosiem tej sytuacji jest dzisiejsza publikacja Mercedesa „The blame game”, ale w mojej ocenie znajduje się tam też kilka wycieczek w kierunku Vettela oraz Ferrari.

Choć nie uważam, że mamy do czynienia z punktem zwrotnym w rywalizacji o tytuł, to może ona wskoczyć na wyższy poziom. Oprócz kierowców mogą dołączyć zespoły i rozegrać bardzo ciekawy pojedynek w sferze medialnej. Lepsze otwarcie, głównie z uwagi na dzisiejsze publikacje, miał Mercedes i jestem bardzo ciekaw, czy Ferrari będzie stać na odpowiedź. Może lepiej uciec od tematu, podobnie jak zrobił to Vettel? W kolejnych wyścigach spodziewam się prawdziwego pojedynku wagi ciężkiej, w którym jeśli emocje poniosą, to w ring mogą pojawić się sekundanci wraz ze składanymi krzesełkami. Nie wiem, czy takiej rywalizacji oczekujemy, ale z pewnością będzie ciekawie.

Stroll bohaterem?


Lance Stroll pojechał bardzo dobre zawody. W szalonych okolicznościach, w jakich rozgrywany był niedzielny wyścig, zachował spokój i osiągnął wynik, o jakim pewnie nawet nie marzył. Duży udział w tym wyniku ma zespół oraz odpowiednia strategia. Samochód również tego dnia sprawował się nadzwyczaj dobrze, o czym świadczy wysoka pozycja Massy, do momentu, gdy w jego bolidzie doszło do awarii tylnego zawieszenia.

Stroll w końcu „zaskoczył”, ale czy to powód do zachwytów? Młody kierowca znalazł się w serii właśnie po to, by wykorzystywać takie szanse. Tego od niego wymaga zespół, kibice oraz on sam. W geniusz młodego kierowcy uwierzę, jak zobaczę go ponownie w tak dobrej dyspozycji. Świat nauki nie przyjmuje pojedynczych prób i ja również w przypadku Stroll’a będę trzymał się tej zasady. Mam nadzieję, że wybije mi ją z głowy przy najbliższej możliwej okazji.

Prawdziwy bohater


Krew, pot, but i szampan… Daniel Ricciardo pokazał w niedzielę niezwykłą dyspozycję na ulicznym torze w Baku. Po kłopotach z przegrzewaniem się hamulców (coś przyblokowało wloty chłodzące), konieczna była szybka zmiana opon połączona z inspekcją samochodu. Powrót do rywalizacji na 17 pozycji praktycznie przekreślał szansę na dobry występ. Australijczyk jechał jednak jak w transie, połykając kolejnych rywali. Po każdym z restartów łamał dystans do prowadzących. W jego manewrach było dużo ryzyka, ale nie było grama zawahania. Strategia wszystko albo nic tym razem okazało się niezwykle skuteczna.

A Bottas? Kierowca Mercedesa również dokonał niemożliwego, ale na jego dobry występ cień rzuca kolizja z Raikkonenem. Finów ciągnie do siebie jakaś dziwna siła, ale tym razem ciężar odpowiedzialności za kontakt spada na tego mniej doświadczonego. Bottas nie chciał oddać ani milimetra toru, a to wiązało się z mocnym wjazdem na tarkę. Mając obok siebie drugi bolid, to nie jest dobry pomysł, bo koła oderwane od toru nie dają pełnej kontroli nad bolidem.

Róż wpadający w…


To mógł być historyczny dzień dla zespołu Force India. Zwycięstwo, a może nawet dwa różowe samochody na podium. Czego zabrakło? Rozmowy i to niekoniecznie w trakcie tego weekendu wyścigowego. Obaj kierowcy najwyraźniej mieli jeszcze w pamięci wydarzenia z wyścigu w Kanadzie. Wydarzenia na torze pokazały, że zespół nie włożył odpowiednich klocków w odpowiednie miejsce. Najpierw Perez uderzył w koło bolidu partnera z zespołu, by po chwili zorientować się , że odległość od bandy do różowego bolidu obok jest mniejsza niż szerokość maszyny, którą prowadził. Żaden nie opuścił, mimo wczesnej fazy wyścigu oraz wielokrotnie wypowiadanych sloganów, że „najważniejszy jest interes zespołu”. Może warto podejść do Mercedesa i skserować kilka stron, na których spisano zasady wewnętrznej rywalizacji? Drugi weekend z rzędu zmarnowano ogromny potencjał i mam wrażenie, że nie jest to do końca wina kierowców.

Mogliśmy wygrać ten wyścig


Długo zastanawiałem się, co Alonso miał na myśli wypowiadając te słowa. Dopiero analiza wyścigu Ricciardo uświadomiła mi, że hiszpański kierowca w decydujących momentach wyścigu był tuż za późniejszym zwycięzcą. Czego zabrakło? Koni mechanicznych, przytwierdzonych do ramy bolidu. Ricciardo odjechał, a Alonso nie był w stanie trzymać jego tempa. Nawet w tak szalonych okolicznościach McLaren nie może liczyć na więcej niż pojedyncze punkty. Będą w temacie Alonso nie można przemilczeć faktu, że Flavio Briatore był bardzo obecny w mediach oraz padoku podczas weekendu wyścigowego w Baku. Oczywiście ma on swoje zasługi związane z organizacją samego wyścigu, ale jego wszechobecność w kawiarenkach należących do rożnych zespołów to wyraźny sygnał. Co on oznacza? Mam nadzieję, że nie jest to próba pokazania, że „zrobiliśmy wszystko” żeby zostać, ale przy obecnym obrocie sprawy kierujemy się tam, gdzie nas chcą – do Indy.

Pierwsze punkty w sezonie nie zmieniają absolutnie nic z punktu widzenia zespołu. Obraz nędzy i rozpaczy jest nadal bardzo dobrze widoczny.

Widowisku trzeba pomagać, ale nie za dużo


Oglądając niedzielny wyścig nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że po zeszłorocznej procesji, ludzie pracujący w centrum kontroli wyścigu, postanowili wrzucić do ciasta odrobinę polepszacza. Chodzi o sytuacje, w których na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa. W zasadzie poza jednym momentem, wyścig mógłby się toczyć przy VSC. Nie mam nic przeciwko neutralizacji, bo to gwarantuje dobre ściganie, ale jeśli na danym torze kierowca samochodu bezpieczeństwa nie może nadać tempa pozwalającego kierowcom utrzymać minimalną temperaturę opon, to automatycznie prowokujemy kolejne kolizje na torze.