Alonso zasługuje na konkurencyjny samochód choćby na jeden sezon

W ostatnich dniach pojawiło się wiele informacji sugerujących, że kontrakt McLarena oraz Hondy zostanie zamrożony, do czasu, aż japoński producent będzie dysponował konkurencyjnym pakietem. W tym czasie ekipa z Woking będzie miała wolną rękę w wyborze dostawcy jednostek i wiele wskazuje, że będzie to Mercedes. Cała sytuacja jest trudna i niezwykle skomplikowana i bez zakulisowych posunięć oraz pomocy ze strony właściciela serii realizacja takiego scenariusza może być trudna.

Dlaczego uważam, że Liberty Media powinna zrobić wszystko, aby taki scenariusz się ziścił? Przede wszystkim z uwagi na Fernando Alonso, który choćby podczas przygody z Indy 500, pokazał że jest wielkim kierowcą i za wszystko, co zrobił dla serii zwyczajnie należy mu się konkurencyjny samochód i choćby jedna, jedyna szansa na walkę o tytuł.

Poniżej znajdziecie wpis, który napisałem bezpośrednio po wyścigu w Indianapolis, ale z takich czy innych powodów nie ujrzał on jeszcze światła dziennego. Myślę, że nadszedł odpowiedni moment.

Zwykle kiedy kładę palce na twardej i głośnej klawiaturze, aby ubrać rozszalałe myśli w słowa, wówczas staram się odłożyć emocje na bok i spojrzeć obiektywnie na opisywane zagadnienie. Tym razem będzie inaczej, a o obiektywizmie możecie zapomnieć…


Indy 500 to była dla mnie całkowita nowość. W ciągu kilku ostatnich lat obejrzałem dwa, może trzy wyścigi serii Indy Car i jakoś specjalnie nie pociągało mnie, aby utrzymać tę tendencję, a już na pewno nie miałem ochoty zagłębiać się w ten sport. Ostatni miesiąc bardzo wiele zmienił w tej materii, choć ani w kuchni, ani w pokoju mojego małego mieszkania nie pojawiły się plakaty z konstrukcją Dallary w roli głównej. W sumie to nie mam żadnych plakatów, ale o tym innym razem.

Fernando Alonso zabrał mnie w fantastyczną podróż do całkiem nowego świata. Dzięki wszechobecnym mediom mogłem śledzić jego każdy, najmniejszy krok, co budowało napięcie, które miało swoją kulminację podczas niedzielnego wyścigu na IMS. Ostatni raz takie emocje towarzyszyły mi podczas wyścigów z udziałem Roberta Kubicy. Momentami serce podchodziło mi do gardła, a tych momentów było w trakcie rywalizacji całkiem sporo. Wiem, jakie było moje rozczarowanie, kiedy operator pokazał samochód w kolorze „papaya orange” toczący się w kierunku lewej części toru, ale to jest nic w porównaniu z tym, co czuł Alonso, kiedy usłyszał zza pleców dobrze znany dźwięk i poczuł ubytek mocy pod mogą.

Zak Brown powiedział, że etatowy kierowca McLarena przez cały miesiąc nie postawił stopy źle i muszę się z tym całkowicie zgodzić. Powiem więcej, Alonso dał z siebie więcej niż musiał, szczególnie w kwestii medialnej. Kierowca, który nie przepada za kamerami i mikrofonem był całkowicie dostępny dla mediów, a kiedy wokół zaczęły pojawiać się coraz większe grupki kibiców, nie szczędził czasu, aby podpisać każde podsunięte mu zdjęcie.

Alonso okazał ogromny szacunek całemu środowisku, w które wszedł i mimo ostatecznego niepowodzenia, środowisko odpowiedziało mu tym samym. Owacja, którą otrzymał po wyjściu z samochodu była z pewnością czymś niezwykłym, mimo, że nie takiego scenariusza oczekiwał. Nagroda debiutanta roku, to kolejny dowód uznania wkładu Alonso w tegoroczny wyścig. W kontekście osiągniętego wyniku oraz biorąc pod uwagę przeszłość, hiszpański kierowca byłby doskonałym materiałem do opracowania tematu maturalnego zatytułowanego „Bohater tragiczny w literaturze, kulturze, sztuce i sporcie.” Inna seria, inny samochód, inne podejście – ten sam rezultat.

Po niedzielnym wyścigu pojawiło się bardzo wiele, naciąganych moim zdaniem, artykułów mówiących o tym jak wiele Alonso wygrał na występie w Indy. Ten najbardziej rozpoznawany nagłówek głosi, że wygrał wszystko oprócz wyścigu. Brutalna prawda jest jednak taka, że oprócz odrobiny rozrywki i cennego doświadczenia, Alonso nie wygrał absolutnie nic. Patrząc przez pryzmat jego kariery i ambicji, które w nim drzemią, hiszpański kierowca nie jest nawet o krok bliżej realizacji założonych celów. Tylko wygrana gwarantowała wpisanie się do historii sportu oraz trwałe pozostanie w świadomości amerykańskich kibiców. To, co się wydarzyło w niedzielę na torze będzie jedynie kolejną kartą w historii Indy Car, nad którą nikt zbyt długo się nie zatrzyma.

W mojej ocenie mistyczna „potrójna korona” jest próbą ucieczki od bardzo trudnego położenia w jakim znalazł się Alonso. McLaren to wykorzystał, mając błogosławieństwo nowych władz, i nie mam mu tego za złe, ale to jest bardzo zły kierunek. Kilka dni temu pisałem, że przygoda hiszpańskiego kierowcy jest dobra dla wszystkich, tylko nie dla F1. Dziś uważam, że lista zysków jest jeszcze mniejsza.

Królowa sportów motorowych powinna chronić swoje dobra, a Alonso z pewnością jest jednym z nich. Można go lubić lub nie, ale patrząc na ostatni miesiąc nie można odmówić mu profesjonalizmu i chęci do pracy. Jedynym warunkiem, aby hiszpański kierowca nie musiał szukać ucieczki w „inne rozrywki” jest stworzenie mu odpowiednich warunków tu, gdzie chce rywalizować. Na tym polu nowi właściciele serii mają zadanie do odrobienia, ale pozostaje mieć nadzieję, że rodzime wzorce pomogą zrozumieć problem.

Czego oczekuję od Liberty Media? Zakulisowego zaangażowania w to, by Alonso otrzymał konkurencyjny samochód lub konkurencyjny silnik. Jeden rok, jedna jedyna szansa na kolejny tytuł. Tak utalentowany i doświadczony kierowca nie powinien opuszczać serii pozostawiając za sobą jakiekolwiek znaki zapytania. To jest biznes rozrywkowy do jasnej cholery, a nie polityczne rozgrywki koncernów motoryzacyjnych. Czasami trzeba pewne sprawy lekko popchnąć, bo inaczej nic z tego nie będzie.

Jesteście w stanie wyobrazić sobie Alonso, Hamiltona i Vettela walczących o tytuł w sezonie 2018? Ja tak i na samą myśl o tym na ustach pojawia się uśmiech, ale obawiam się, że bez zakulisowych posunięć taki scenariusz może się nigdy nie zrealizować.

Na koniec polecam Wam dziesięciominutowy materiał będący podsumowaniem przygody Alonso z Indy 500.



P.S. Do tego równania z przedostatniego akapitu dorzuciłbym jeszcze Kubicę.