Alonso zdał swój pierwszy egzamin za kółkiem samochodu serii Indy Car

Fernando Alonso rozpoczął swoją przygodę z serią Indy Car od testu na torze IMS. Pierwszy dzień za kółkiem nowego auta nie był dla kierowcy jedynie okazją do zapoznania się z nieznanym dla niego otoczeniem. Ucząc się nowych rzeczy dwukrotny mistrz świata miał do wykonania ważny test, który jest przepustką do udziału w Indy 500.

Rookie Orientation Program (ROP) to procedura, którą musi przejść każdy nowy kierowca, zanim zostanie dopuszczony do udziału w rywalizacji. Alonso musiał wykonać kilka sesji wyjazdowych oraz utrzymać stałe tempo. Ostatnim krokiem testu jest pokonanie 15 okrążeń utrzymując prędkość powyżej 346 km/h. Mimo wiszącego w powietrzu deszczu, który ostatecznie zakończył zajęcia, Alonso odznaczył wszystkie obowiązkowe pola testu rozpędzając samochód do 358 km/h. Dodatkowo udało się sprawdzić wiele różnych trybów pracy silnika oraz procedur, które mogą być potrzebne w trakcie rywalizacji. To był bardzo pracowity dzień i gdyby nie coraz większa ilość kropel deszczu na szybie kasku kierowcy, to z pewnością Alonso wykonałby kilka dodatkowych kółek.

Sam test ROP wydaje się być jedynie formalnością, ale warto dodać, że zeszłoroczny zwycięzca Indy 500 miał spory problem z zaliczeniem ostatniego szczebla (prędkość powyżej 346 km/h). Potrzeba było nieco czasu i kilku modyfikacji ustawień wykonanych w samochodzie, aby Alexander Rossi zaliczył próbę. Ostatecznie osiągnął 367 km/h.

Jeśli ktoś nie oglądał transmisji, to warto podkreślić, że wszystkie strony podeszły do tego przedsięwzięcia niezwykle profesjonalnie. Można wyczuć, że nie jest to tylko próba skradnięcia kilku nagłówków, ale bardzo poważne przedsięwzięcie, którego celem jest zwycięstwo. Test śledziło ponad milion osób, więc to pokazuje, że medialnie jest to wydarzenie na ogromną skalę. Pisałem wczoraj na Twitterze, że jesteśmy świadkami niezwykłego wydarzenia i nadal podtrzymuję swoje zdanie.

Nie dajmy się jednak zwieźć pozorom. Alonso postawił sobie bardzo trudny do osiągnięcia cel, dając sobie jednocześnie bardzo mało czasu. Hiszpan wróci za kółko samochodu serii Indy Car 15 maja i będzie to dopiero jego druga próba, a sam wyścig odbędzie się zaledwie kilkanaście dni później. Nie jestem ekspertem od Indy Car (od F1 też nie) i nawet nie będę próbował udawać, że coś wiem w tym temacie, ale dość dokładnie przysłuchiwałem się amerykańskim komentatorom, którzy omawiali poczynania Alonso na torze. Choć obchodzili się dość łagodnie z dwukrotnym mistrzem świata, to dało się wyłapać w ich komentarzu kilka cennych uwag.

Alonso mając do dyspozycji czysty tor, wielokrotnie opuszczał linię wyścigową, co w czasie rywalizacji może być niezwykle kosztowne. Wjazd na „brudną” część toru, pełną fragmentów opon to nic dobrego w perspektywie tempa wyścigowego. Jeśli dołożymy do tego inne samochody, to utrzymanie optymalnej linii jazdy nie będzie tylko zależne od samego kierowcy, ale również od sytuacji na torze. To będzie bardzo intensywne doświadczenie, w niczym nie przypominające pola walki, na którym Alonso czuje się komfortowo.

Tego nie da się nauczyć, oglądając filmy na YouTube. Sam Hiszpan przyznał, że to co do tej pory obejrzał, będzie musiał przejrzeć od nowa. Dopiero po pokonaniu 110 okrążeń za kółkiem zrozumiał na co musi zwracać uwagę oraz, że szeroki z pozoru tor, wcale nie prezentuje się tak okazale, kiedy podróżuje się po nim z dużą prędkością. Alonso zaczął bardzo gładko, ale prawdziwe wyzwania dopiero przed nim. Kolejne testy pokażą czy jest w stanie znaleźć te dodatkowe kilometry, które pozwalają na owalnych torach walczyć o najwyższe trofea.

Kilka dni temu uważałem, że przygoda Alonso z Indy 500 to sytuacja, w której wygrywa dosłownie każdy. Niestety powoli zaczynam rozumieć Ecclestone’a i jego stanowisko, że takie rzeczy mogą szkodzić. Na ten moment zyskują wszyscy, oprócz F1. Dlaczego? Jeśli w głowie przeciętnego Amerykanina rysuje się jakiś obraz serii, to raczej jest to obraz bardzo negatywny. Dwukrotny mistrz świata nie kończy czterech pierwszych wyścigów sezonu z powodu problemów technicznych, a następnie wsiada do samochodu Indy Car, włącza silnik i przejeżdża bez żadnych problemów (nie licząc nieszczęsnych gołębi) 110 okrążeń.

Z jednej strony bardzo wyrafinowana technologia, która wymaga 6-7 minut przygotowania do wykonania wyjazdu na tor, z drugiej zwykły przełącznik w kokpicie i można zacząć krążyć, tak długo jak pozwala na to paliwo w baku lub opony. Przecież idąc na wyścig właśnie to chcemy oglądać. Jeśli kogoś kręcą zaawansowane technologie, to zamiast biletu na tor sięgnie po wejściówkę do muzeum techniki.

Domyślam się, że z ponad miliona widzów oglądających Alonso na pustym torze, zdecydowana większość to byli ludzie podążających do tej pory za F1. Istnieje więc pewne „zagrożenie”, że pewna część z nich podzieli swoje zainteresowanie pomiędzy serie. To też nie jest dobre zjawisko z punktu widzenia szefostwa serii.

Idealnym rozwiązaniem byłaby pełna wymiana, ale w przeciwieństwo to Indy Car, królewska seria w Europie nie posiada odpowiednika programu ROP. Na dzień dzisiejszy transfer kierowcy w odwrotnym kierunku jest praktycznie niemożliwy. Pierwszy problem to licencja. Drugi to możliwość, a raczej brak możliwości odpowiedniego przygotowania. W obecnej sytuacji dwuletni bolid nie daje praktycznie żadnej szansy na zapoznanie się z wymaganiami, jakie stawiają nowe konstrukcje. Z sytuacji zadowolony nie jest Chase Carey, u którego przygoda Alonso z Indy 500 budzi mieszane uczucia.

Może warto powrócić do tematu rozmów o trzecim bolidzie dla młodego kierowcy lub „gościa” z innej serii? To wymagałoby wielu zmian, ale przykład Alonso pokazuje, że gościnna seria może wiele na tym zyskać.